Instagram
 
Facebook
 
You Tube
 
Tik Tok

Zapachy, które znają drogę

2026-10-10 11:26:00
Zapachy, które znają drogę

Nie pamiętam już wszystkich rozmów. Nie potrafiłabym powiedzieć, jakiego koloru była sukienka babci, kiedy ostatni raz siedziałyśmy razem przy stole. Wiele szczegółów zatarło się przez lata, choć tak bardzo chciałabym je zatrzymać. Ale pamiętam, jak pachniała. 

Wanilią.

Nie wiem, czy używała perfum, czy może kremu do rąk. Był to delikatny, słodkawy zapach, który nieodłącznie należał do niej. Do jej obecności, ramion, do tego szczególnego poczucia, że można podejść, przytulić się i jeszcze przez chwilę pozostać małą dziewczynką. Zadziwiające, prawda? Ile rzeczy umyka nam z pamięci, a potem wystarczy znajomy zapach, żeby odnaleźć coś, co wydawało się tak odległe.

Z pieczonymi jabłkami mam podobnie. Dla mnie nie pachną po prostu jesienią. Pachną niedzielą w rodzinnym domu. Mama miała taki zwyczaj, że na niedzielę zawsze piekła ciasto. Do dziś widzę ją krzątającą się po kuchni, wyciągającą składniki, poprawiającą coś na blacie. Najbardziej lubiłam szarlotkę. Jeszcze zanim była gotowa, cały dom wypełniał zapach jabłek i cynamonu. Pamiętam tę niecierpliwość, kiedy zaglądałam do piekarnika, chociaż doskonale wiedziałam, że od ostatniego zaglądania minęło zaledwie kilka minut. I mamę, która pewnie po raz kolejny odpowiadała, że trzeba jeszcze poczekać.

Dziś uśmiecham się na myśl o tych niedzielach. Nie dlatego, że były wyjątkowe. Właśnie dlatego, że były tak bardzo zwyczajne. Nikt przecież nie zapisuje w kalendarzu, że za kilkanaście lat będzie chciał jeszcze raz usiąść przy tamtym stole.

A potem przychodzi maj.

Pierwsze ciepłe wieczory i bez, którego zapach unosi się nad ogrodami, zagląda przez uchylone okna, zatrzymuje ludzi na chodnikach. Mam do niego ogromną słabość. Może dlatego, że pachnie trochę jak obietnica. Jak otwarte drzwi na taras, dłuższe popołudnia, świeżo wyprana pościel i bukiet postawiony w starym dzbanku, bo akurat nie było pod ręką wazonu. Lubię te kilka tygodni, kiedy bez kwitnie tak obficie, jakby chciał zdążyć nacieszyć nas sobą na cały rok. I zawsze żałuję, że nie potrafię zabrać ze sobą choć odrobiny jego zapachu.

A las?

Las pachnie zupełnie inaczej. Wilgotną ziemią, korą drzew, mchem i żywicą. Powietrzem, które wydaje się chłodniejsze nawet w ciepły dzień. Lubię chodzić po lesie bez szczególnego celu. Rozglądać się, przyglądać gałęziom, podnosić szyszki i odkładać je po chwili z powrotem. Słuchać, jak pod butami trzaskają drobne gałązki. W takim miejscu łatwo zapomnieć, o czym przed chwilą się myślało. Zauważyć pajęczynę rozpiętą między krzewami albo promień słońca padający na pień starego drzewa. I później jeszcze długo nosić na ubraniu ten odrobinę leśny zapach.

Zastanawiam się niekiedy, ile takich zapachów przechowujemy w sobie. Zapach czyichś perfum, które rozpoznajemy pośród setek innych. Świeżo skoszonej trawy. Książki otwartej po wielu latach. Pościeli suszonej na słońcu. Letniego deszczu, który spadł na rozgrzany chodnik. Każdy z nas mógłby opowiedzieć o nich zupełnie inną historię. Dla jednej osoby zapach bzu będzie oznaczał ogród ukochanej babci. Dla drugiej pierwszą miłość, majowe wieczory i czekanie na kogoś pod szkolną bramą. 

Ktoś poczuje pieczone jabłka i pomyśli o rodzinnej niedzieli. Ktoś inny o własnej kuchni, dziecięcych dłoniach wyciągniętych po kawałek ciasta i mące rozsypanej na podłodze. Lubię myśleć, że pamięć ma takie swoje małe schowki, do których nie zaglądamy na co dzień. Nie znamy nawet wszystkich rzeczy, które w nich przechowujemy. Dopiero kiedy poczujemy znajomy zapach, otwierają się przed nami drzwi. I jesteśmy gdzieś indziej. Przy babci pachnącej wanilią. W kuchni, w której mama wyjmuje z piekarnika niedzielną szarlotkę. Pod kwitnącym bzem. Na leśnej ścieżce, którą tak dobrze znamy.

A potem wracamy do swojego dnia, odkładamy filiżankę, zamykamy okno albo idziemy dalej. Tylko przez chwilę jeszcze się uśmiechamy. Jakbyśmy właśnie spotkali kogoś bardzo bliskiego.

:Kamila