Zapach jaśminu...
2026-01-22 14:57:00Hania zawsze wierzyła, że miłość nie zaczyna się od wielkich słów. Zaczyna się od ciszy. Od uważności. Od chwili, w której coś w środku mówi: zatrzymaj się.
Jej świat był prosty. Kwiaciarnia, zapach świeżych bukietów, miękkie światło poranka wpadające przez witrynę. Lubiła powtarzalność. Chroniła ją. Na drewnianym blacie, obok nożyczek i wstążek, często paliła się jaśminowa świeca. Jej zapach był spokojny, ciepły, jak obietnica, która niczego nie wymaga.
Kwiaty były jej językiem. Wiedziała, które mówią o miłości, a które o tęsknocie. Które niosą radość, a które ukojenie. W każdym bukiecie zostawiała cząstkę siebie, tej cichej, uważnej, nieśpiesznej.
Tego dnia przygotowywała kompozycje do eleganckiego hotelu. Pracowała jak zawsze — sercem. Nie spodziewała się niczego więcej niż krótkiej wizyty i powrotu do swojej ciszy.
Hotel był głośny. Zbyt jasny. Zbyt szybki. Hania chciała tylko zostawić kwiaty i odejść. I wtedy poczuła czyjeś spojrzenie.
Adam stał nieco z boku, jakby nie pasował do reszty. Nie patrzył nachalnie. Raczej uważnie. Tak, jakby widział ją naprawdę. Serce Hani zabiło szybciej, choć nie potrafiła powiedzieć dlaczego.
— Te kwiaty… — odezwał się cicho. — One nie są przypadkowe.
Zaskoczył ją.
— Kwiaty nigdy nie są — odpowiedziała. — Mówią to, co czujemy. Nawet jeśli nie umiemy tego nazwać.
Zapytał jeszcze:
— A co mówią o mnie?
Uśmiechnęła się ledwie zauważalnie.
— Może… kiedyś się dowiesz.
Odszedł.
A ona została z uczuciem, którego nie znała. Jakby ktoś poruszył coś dawno uśpionego.
Przez kolejne dni Hania częściej zapalała jaśminową świecę. Zapach koił myśli, które nie chciały ucichnąć. Kwiaty w jej dłoniach zaczęły opowiadać inną historię, o czekaniu, o ostrożnej nadziei, o miłości, która nie puka głośno.
Kiedy drzwi kwiaciarni otworzyły się kilka dni później, poczuła go zanim podniosła wzrok. Adam. Zapach jaśminu wypełniał przestrzeń. Stał w progu, jakby nie chciał jej spłoszyć.
— Chciałem cię zobaczyć — powiedział po prostu. — Co dziś mówią kwiaty?
— Że nie wszystko musi wydarzyć się od razu — odpowiedziała po chwili. — Czasem wystarczy pozwolić sobie poczuć.
Nie spieszył się. Nie naciskał. Zostawił jej ciszę i zaproszenie, które było bardziej obietnicą niż prośbą.
Spotkali się wieczorem. Miasto tonęło w światłach, ale między nimi było spokojnie. Jakby oboje wiedzieli, że najważniejsze rzeczy dzieją się bez pośpiechu.
Pocałunek był delikatny. Ostrożny. Prawdziwy. Nie obietnica na zawsze, lecz obecność tu i teraz.
— Może to tylko początek — szepnął.
Hania poczuła, że nie musi się bać. Że miłość nie zawsze boli. Czasem przychodzi cicho, pachnie jaśminem i zostaje, jeśli pozwolisz.
I tego wieczoru, po raz pierwszy od dawna, nie zgasiła świecy zbyt szybko.