Instagram
 
Facebook
 
You Tube
 
Tik Tok

Ta część mnie, której nie widać…

2026-10-16 15:30:00
Ta część mnie, której nie widać…

Nie wiem, kiedy dokładnie nauczyłam się bać rzeczy, które jeszcze się nie wydarzyły. Może byłam jeszcze małą dziewczynką, która wolała przyglądać się światu z bezpiecznej odległości. Która potrzebowała trochę więcej czasu, żeby odezwać się pierwsza, podjąć decyzję albo zrobić coś, czego nigdy wcześniej nie próbowała.

Od zawsze byłam trochę wycofana. Lubiłam własne towarzystwo, książki, znajome miejsca. Nigdy nie potrzebowałam wokół siebie wielu ludzi. Wystarczało mi kilka bliskich osób, przy których mogłam śmiać się do łez, milczeć bez skrępowania i nie zastanawiać się nad tym, czy jestem wystarczająco interesująca.

Jestem introwertyczką. Lubię ludzi. Lubię ich historie, rozmowy, podczas których zapomina się o upływającym czasie. Ale potrzebuję też samotności, żeby uporządkować wszystko, co wydarzyło się we mnie przez cały dzień.

Zawsze byłam również ostrożna. Zanim na coś się zdecydowałam, długo rozważałam wszystkie możliwości. Potrafiłam martwić się sytuacjami, które istniały wyłącznie w mojej wyobraźni. Czasem tak długo zbierałam się na odwagę, że okazja zdążyła minąć. A później żałowałam. Nie tego, że się nie udało. Tego, że nawet nie spróbowałam.

Kiedy na świecie pojawił się mój pierwszy syn, lęk stał się znacznie bardziej obecny w moim życiu. A może towarzyszył mi dużo wcześniej? Kiedy wracam myślami do dzieciństwa i młodości, odnajduję tam wiele chwil, w których również bardzo się bałam. Z czasem nauczyłam się nazywać to, z czym się zmagam.

Nerwica.

Nie zawsze wygląda tak, jak można by sobie wyobrazić. Potrafię śmiać się, planować wakacje, cieszyć się drobiazgami i prowadzić zupełnie zwyczajne życie. A jednocześnie miewam dni, kiedy trudno mi zatrzymać własne myśli. Przez lata nauczyłam się lepiej rozumieć siebie. Bywały okresy spokojniejsze, kiedy lęk przestawał zajmować tyle miejsca w mojej codzienności. A później zachorowała Mama. Pamiętam tamten czas przede wszystkim jako nieustanne czekanie. Na wyniki badań. Na wiadomość od lekarza. Na dzień, w którym usłyszymy coś dobrego. Bardzo chciałam wierzyć, że wszystko jeszcze będzie dobrze. Lęk, który przez lata próbowałam oswoić, wrócił ze zdwojoną siłą. A kiedy Mamy zabrakło, razem z ogromną tęsknotą pojawiły się dawne obawy. Zaczęłam jeszcze uważniej przyglądać się zdrowiu swojemu i najbliższych. Czasami nawet niewielka dolegliwość potrafiła obudzić we mnie niepokój, z którym trudno było sobie poradzić.

Nie zawsze tak jest. Są dni naprawdę piękne. Pełne śmiechu, rozmów, rodzinnego zamieszania i zwyczajnej radości. Ale są też takie, kiedy moje myśli potrzebują ode mnie znacznie więcej cierpliwości. Niełatwo opowiadać o czymś, czego właściwie nie widać. Przecież nadal robię zakupy, przygotowuję obiady, wychodzę z psem, spotykam się z bliskimi. Mam swoje plany, pomysły, małe przyjemności. Czasem ktoś widzi tylko mój uśmiech. Nie wie, ile myśli zdążyło wcześniej przemknąć mi przez głowę.

Z czasem zaczęłam coraz bardziej doceniać zajęcia, przy których mogę na chwilę skupić się na czymś innym. Od zawsze miałam słabość do zapachów. Niektóre przywołują wspomnienia tak wyraźnie, że niemal słyszę dawne rozmowy. Inne przypominają mi dom, ciepło i te zwyczajne wieczory, za którymi tęskni się dopiero po latach. Pewnego dnia postanowiłam sama spróbować robić świece. Nie przypuszczałam, jak bardzo polubię czas spędzony przy ich tworzeniu. Jest w nim coś, co mnie wycisza. Kiedy zajmuję ręce, odmierzam składniki i skupiam się na tym, co robię, moje myśli na chwilę zwalniają. Lubię ten zapach, ciepło i spokojne, powtarzające się czynności.  To taka moja mała „terapia”. Nie sprawia, że wszystkie obawy nagle znikają. Ale przez pewien czas łatwiej mi być po prostu tu, gdzie jestem. Bez wybiegania myślami w przyszłość. 

Podobnie jest z pisaniem. Ostatnio coraz częściej sięgam po dziennik. Wieczorem, kiedy w domu robi się spokojniej, otwieram zeszyt i zapisuję wszystko, czego nie potrafiłam wypowiedzieć w ciągu dnia. Nie wybieram najładniejszych zdań. Czasami piszę chaotycznie. Wracam do tego samego wspomnienia, skreślam słowa, zaczynam od nowa. Ale kiedy zamykam zeszyt, czuję, że nie muszę już wszystkiego nosić wyłącznie w sobie.

Długo zastanawiałam się, czy opowiedzieć Wam o tym wszystkim. 
Bo przecież znacie mnie przede wszystkim z krótkich historii. Z moich wspomnień, refleksji, opowieści o codzienności. Może kiedy patrzycie na to, co tworzę, widzicie kobietę, która z odwagą realizuje swoje pomysły. A ja często wciąż jestem tą samą nieśmiałą dziewczyną, która przed zrobieniem pierwszego kroku musi przez chwilę postać w miejscu. Boję się oceny. Czasami nie wierzę we własne możliwości. Potrafię cieszyć się czymś całym sercem, a godzinę później zastanawiać się, czy na pewno dobrze zrobiłam. Nie piszę tego, żebyście patrzyły na mnie z troską. Chciałam po prostu, żebyście poznały mnie trochę bliżej. Bo obok kobiety, która lubi pisać, marzyć i tworzyć, jest również ta, która czasami się boi. Ta, która potrzebuje ciszy, a jednocześnie nie zawsze potrafi uciszyć własne myśli. Która bardzo tęskni za Mamą. Która niekiedy odnajduje spokój przy zwyczajnych domowych zajęciach, w zapachu świecy albo na kartkach swojego dziennika. I która, pomimo tej swojej ostrożności, od czasu do czasu odważa się zrobić coś, o czym kiedyś potrafiła jedynie marzyć.

Dzisiaj jednym z takich miejsc są dla mnie Sekrety Krótkich Historii. Miejsce, w którym mogę opowiadać o świecie tak, jak go czuję. A dzisiaj, po raz pierwszy odrobinę więcej również o sobie. 

:Kamila