Instagram
 
Facebook
 
You Tube
 
Tik Tok

Rzeczy, których nie odkładam na miejsce

2026-10-20 16:03:00
Rzeczy, których nie odkładam na miejsce

Kiedy urządzaliśmy nasze nowe mieszkanie, obiecałam sobie, że tym razem będę bardziej uporządkowana. Wszystko miało mieć swoje miejsce. Książki na półkach, kubki w szafkach, swetry w garderobie. Żadnych przypadkowych przedmiotów na kuchennym blacie. Żadnych karteczek, których przeznaczenia po tygodniu nie potrafię już sobie przypomnieć. I żadnego odkładania czegoś tylko na chwilę, bo dobrze wiem, jak długo potrafi trwać taka chwila.

Bardzo lubiłam wyobrażać sobie nasze nowe mieszkanie. Kaszmirowe fronty kuchennych szafek, ciepły odcień drewna, czarne uchwyty. Wszystko starannie wybrane, dopasowane, przemyślane. Pamiętam, jak długo zastanawiałam się nad szczegółami, których pewnie nikt poza mną nawet by nie zauważył. W moich wyobrażeniach na stole zawsze stał wazon z kwiatami, poduszki na kanapie leżały równo, a kuchenny blat wyglądał tak, jakby nikt nigdy nie przygotowywał na nim śniadania. Nie przewidziałam tylko jednego. Że do tego pięknie urządzonego mieszkania wprowadzimy się my. Z naszymi przyzwyczajeniami, pośpiechem, niedopitą herbatą i nieustannym pytaniem:

— Widział ktoś moją ładowarkę?

Na mojej szafce nocnej niemal zawsze leży książka. Czasami jedna, czasami dwie. Jedną czytam, a drugą trzymam na wszelki wypadek, gdybym nagle nabrała ochoty na zupełnie inną historię.  Obok jest notes. Miałam przeznaczyć dla niego szufladę, ale szybko okazało się, że zupełnie się tam nie sprawdza. Najciekawsze zdania przychodzą mi przecież do głowy wtedy, kiedy nie mam czasu ich zapisywać. Podczas robienia herbaty, składania prania albo tuż przed zaśnięciem. Zdarza się, że w środku nocy przypomnę sobie jedno piękne zdanie, a rano odczytuję z kartki coś, co nie ma najmniejszego sensu. Najwidoczniej nocą jestem znacznie lepszą pisarką. W moim notesie panuje zresztą osobliwy porządek. Obok pomysłów na opowiadania znajdują się listy zakupów, rzeczy do zrobienia i pojedyncze słowa zapisane bez żadnego wyjaśnienia. Niektórych już nawet sama nie rozumiem. Są tam również zdania, których nigdy nikomu nie pokażę. Zapisane w pośpiechu, czasem nieporadne, ale tak bardzo moje, że trudno byłoby mi je komukolwiek oddać. Lubię wracać do dawnych stron. Widzieć, czym zajmowałam sobie głowę kilka miesięcy wcześniej. Co mnie cieszyło, czego się obawiałam, o czym wtedy marzyłam. Niektóre myśli wydają mi się dzisiaj zupełnie obce. Inne mogłabym zapisać jeszcze raz, dokładnie tymi samymi słowami. Dlatego notes nadal leży przy łóżku, choć szuflada wciąż czeka na niego pusta.

W naszym domu jest również krzesło, które najwyraźniej postanowiło zostać dodatkową szafą. Zazwyczaj leży na nim sweter. Ten ulubiony, po który sięgam rano, kiedy jeszcze trochę marznę, ale nie mam ochoty przyznawać przed sobą, że poranki zrobiły się chłodniejsze. Co wieczór obiecuję sobie, że odłożę go na miejsce. Rano znów bardzo się cieszę, że jest pod ręką.

Z chłopcami jest podobnie. Odkąd są starsi, coraz częściej odnajduję w domu przedmioty, których obecności zupełnie nie potrafię wyjaśnić. Bluza w salonie, sportowa torba przy drzwiach, buty, które najwyraźniej nie wiedzą, gdzie mieszkają. Czasem mam ochotę przykleić do wszystkiego małe karteczki z adresem właściwej półki. I nawet sobie wyobrażam, jak pięknie wyglądałby wtedy nasz przedpokój. Do pierwszego powrotu ze szkoły. Nie będę udawała, że rozrzucone rzeczy nigdy mnie nie denerwują. Potrafią. Zwłaszcza kiedy właśnie posprzątałam. Ale lubię też ten domowy gwar. Głosy dobiegające z drugiego pokoju, rozmowy prowadzone w biegu, nagłe pytania zadawane dokładnie wtedy, kiedy uda mi się usiąść z książką. Czasami przyglądam się chłopcom i zastanawiam, kiedy właściwie tak urośli. Jeszcze niedawno potykałam się o małe buciki i zabawki. Dzisiaj przy drzwiach stoją sportowe torby, a bluzy moich synów są już większe od moich. Dziwne, jak niepostrzeżenie zmieniają się nawet rzeczy porozrzucane po domu.

Kiedy chłopcy wychodzą, przez pierwsze kilkanaście minut cieszę się spokojem. Mogę dopić herbatę, przeczytać kilka stron i nacieszyć się porządkiem, który właśnie zapanował. A potem zdarza mi się spojrzeć w stronę drzwi, jakbym już czekała na znajomy odgłos przekręcanego klucza.

Na moim stole często zostają również rzeczy związane z robieniem świec. Kartki z obliczeniami, przygotowane etykiety, czasem jakiś zapomniany długopis. Kiedy zaczynałam, wyobrażałam sobie tę pracę znacznie romantyczniej. Pachnący wosk, piękne słoiczki i spokojne popołudnia. Nie przypuszczałam, że jeden niepozorny knot potrafi wystawić moją cierpliwość na tak poważną próbę. A jednak lubię ten mój mały, pachnący świat. Wanilię, pieczone jabłka i wszystkie te zapachy, które czasem przypominają mi coś, o czym dawno nie myślałam. Zawsze zadziwiało mnie, jak wiele może zmieścić się w jednym zapachu. Czasami przywołuje konkretny obraz, innym razem ledwie uchwytne wspomnienie, które znika, zanim zdążymy przypomnieć sobie, skąd właściwie pochodzi. Lubię również to, że moje pisanie i tworzenie świec tak naturalnie się przeplatają. Tylko mój stół zdaje się mieć na ten temat nieco inne zdanie.

Najbardziej lubię te wieczory, kiedy w mieszkaniu robi się spokojniej. W kuchni pali się niewielka lampka, Enzo znajduje sobie wygodne miejsce, a ja wreszcie mogę usiąść z herbatą. Czasami patrzę wtedy na nasz salon i przypominam sobie, jak wyglądał jeszcze przed przeprowadzką. Pusty. Starannie wymierzony. Pachnący nowością. Pamiętam, jak chodziliśmy między tymi ścianami, próbując wyobrazić sobie, gdzie postawimy stół i jak będzie wyglądał nasz salon. Wtedy nie było tutaj jeszcze żadnych wspomnień. Nie odbyło się ani jedno wspólne śniadanie. Nikt nie zasnął na kanapie z książką w dłoni. Enzo nie zdążył wybrać sobie ulubionego miejsca do spania. Wszystko to miało dopiero nadejść.

Dzisiaj poduszki rzadko leżą tak równo, jak je rano ułożyłam. Na stole ktoś zostawił kubek, na oparciu krzesła nadal wisi mój sweter, a spod kanapy wystaje zabawka Enza. I kiedy tak siedzę wieczorem, przyglądając się tym wszystkim drobiazgom, przypominam sobie, jak bardzo zależało mi, żeby nasz dom był piękny. Nadal mi zależy. Tylko teraz równie mocno lubię te jego zakątki, których nigdy nie pokazałabym na zdjęciach z urządzania mieszkania. Półkę, na której książki stoją trochę krzywo. Stół zajęty przez moje notatki. Krzesło, które cierpliwie znosi obecność kolejnego swetra. I tę znajomą mieszaninę domowych zapachów, która wita mnie po powrocie.

Rano znów zostawiłam notes na stole. Miałam go schować po śniadaniu, ale przypomniało mi się kilka słów, które koniecznie chciałam zapisać. Potem zrobiłam herbatę. Wróciłam do stołu, przeczytałam to, co napisałam, skreśliłam połowę i zaczęłam od nowa. Teraz obok notesu stoi pusty kubek, a sweter nadal czeka na krześle.

Zaraz wszystko odłożę.

Chociaż najpierw muszę jeszcze dokończyć jedno zdanie.

:Kamila