Instagram
 
Facebook
 
You Tube
 
Tik Tok

Najpiękniejsza magia zawsze należała do niej...

2025-12-19 10:30:00

Najbardziej magiczne święta mojego dzieciństwa nie były idealne. Nie wszystko było na czas. Nie wszystko było równe. A jednak to właśnie one wracają do mnie najczęściej. Dopiero po latach zrozumiałam, że magia nie potrzebuje doskonałości. Potrzebuje obecności.

Pamiętam moją mamę w grudniu. 
Zawsze trochę zmęczoną, jakby niosła w sobie cały ten miesiąc jeszcze zanim się zaczął. Z listami w głowie, z myślami, które nie dawały zasnąć, z cichą troską, czy wszystkim wystarczy ciepła. Wtedy nie umiałam tego nazwać. Dziś widzę to wyraźnie — bo sama czasem tak stoję w kuchni, oparta o blat, z myślą, że jeszcze tyle do zrobienia, a dzień już się kończy.
W moich wspomnieniach dom był jednak spokojny. Pełen miękkiego światła, które pojawia się zimą wcześniej niż zwykle. Nie było głośno. Było bezpiecznie.

Pamiętam zapach.
Nie jeden konkretny, raczej mieszankę — wanilię i cynamon, skórkę pomarańczy suszącą się gdzieś obok, ciepło piekarnika, w którym zawsze „coś było”.
Ten zapach do dziś mówi mi więcej niż słowa.
Dziś wiem, że to był zapach domu.
I zapach jej uważności.
Moja mama nie mówiła o zmęczeniu.
Nie zatrzymywała się, by je tłumaczyć.
Tworzyła święta drobnymi gestami — poprawionym kocem, zapaloną lampką, chwilą ciszy przed snem.
Chciała, żeby było wyjątkowo.
Nie na pokaz. Dla nas.

Pamiętam, jak zapalała światło w domu, zanim zapadł zmrok. Jakby chciała nas ochronić przed zimnem dnia. Jakby wiedziała, że dzieci zapamiętują nie słowa, ale atmosferę. Nie pamiętam, czy wszystko było dopięte. Nie pamiętam, czy stół wyglądał idealnie.

Pamiętam jej obecność.
Czułą. Cichą. Zawsze trochę w tle. Dziś, kiedy sama tworzę święta, coraz częściej o niej myślę.
O tym, jak łatwo zapomnieć o sobie, kiedy chce się, by innym było dobrze. Jak łatwo przesunąć własne potrzeby na koniec listy. A przecież magia nie rodzi się z pośpiechu. Rodzi się z uważności.
Z chwili, w której pozwalam sobie usiąść. Zapalić świecę o zapachu wanilii, cynamonu i pomarańczy.
Takim samym jak wtedy. Ten zapach zawsze mnie zatrzymuje. Przypomina, że nie muszę niczego udowadniać. Że mogę być. Po prostu.

I wtedy wracają tamte święta.
Nie jako obraz, ale jako uczucie. Ciepłe. Spokojne. Prawdziwe. Dziś, gdy zapalam świecę w grudniowy wieczór, robię to trochę dla niej. I trochę dla siebie. Dla tej małej dziewczynki, która pamięta światło w oknach. I dla tej dorosłej kobiety, która wciąż uczy się, że jej własne ciepło też jest ważne.

Bo może właśnie tak wygląda prawdziwa magia Bożego Narodzenia.
Nie w tym, co zrobione do końca.
Ale w tym, co zostaje w sercu.
W świetle.
W zapachu.
W chwili, która mówi: jesteś w domu.

:Sekrety krótkich historii